Świat ogarnęła późnojesienna szarość. Szara, ulica, szarzy ludzie, szare myśli…
Poszłam więc dzisiaj na pobliski bazar. Z nadzieją na bukiet świeżych ziół, grzesznie kuszące czerwienią jabłko, chociażby po iskierkę inspiracji.
Ciemno na dworze, nos marznie, mgła spowalnia kroki, a wiatr bezlitośnie biczuje mi szyję.
Bazarek pusty. Zostały tylko kwiaciarki, ze zmęczonymi marznącą mżawką różami i straszącymi sztucznością plastikowymi słonecznikami.
U pani Juli w Warzywniaku, też marnie – papryka ma zmarszczki, sałata przywiędła, pory nadąsane smutno spuszczają wąsy. Ech, smutny to widok…
Listopadowa depresja bezczelnie rozgościła się tu nieproszona przywołując nieczyste myśli o obiedzie w fastfoodzie. Muszę natychmiast się pozbyć zmory niechcianej!
Ze skutecznością Leona Zawodowca, niczym Lara Croft z patelnią w ręku wkraczam do akcji. Zabiję smutki ciosem wesołych smaków. Przygotuję broń absolutnie skuteczną:
Czekoladę i chilli, które podniosą poziom hormonu szczęścia.
Tropikalne owoce – by przypominały o słodkich chwilach lata.
Zioła i korzenne przyprawy dla ocieplenia zamarzających powoli serc.
I kolory na talerzu, które odmalują zszarzały nastrój.
Do dzieła! Depresjo A Kysz!